Zakrwawiony, umięśniony blondyn uciekał przez korytarz w ściekach. Ciemny tunel w którym po środku płynęły ścieki. Co jakiś czas pojawiały się lampy na ścianach rozświecając drogę blondynowi. Człowiek wrzeszczał. Czegoś się bał. Przed czymś uciekał. Facet choć wyglądał na wysportowanego nie mógł przebiec 100 metrów sprintem. Podbiegł, cały wymęczony, pod lampę. Można było zauważyć że jest ubrany w garnitur który był cały rozpruty. Prawie całe jego ubranie było poplamione krwią. Wymęczony usiadł pod lampą. Wciągnął komórkę. Zaczął wybierać numer. Przyłożył do ucha i czekał.
-H-halo?-wyspała.
-Telefon jest wyłączony albo jest poza zasięgiem sieci...-powiedziała kobieta w telefonie.
-Jebane komórki...ech...NO CHODŹ TU KUTASIE!-krzyknął resztkami sił. Nikt nie przyszedł. Po 10 minutach wstał i poszedł. Szedł prostą drogą słysząc tylko płynącą wodę i chodzenie szczurów. Nagle usłyszał że coś dużego spada do wody. Odwrócił się szybko. Nic nie było. Powoli odwracał się a przed nim stał człowiek w białej masce.
-Jak mnie nazwałeś?-spytał. Blondyn zbladł ze strachu. Szybko się zamachnął żeby zadać cios przeciwnikowi. Niestety nie trafił a mężczyzna w masce szybko wbił mu nóż w ramię.
-AA!-krzyknął blondyn padając na ziemię. Z ramienia zaczęła mu lecieć krew-ty jesteś jakiś popierdolony!
-Może i jestem-powiedział i wyciągnął strzykawkę.
-Co to kurwa jest?!-spytał się przerażony.
-Mógłbyś nie przeklinać?-spytał poirytowany człowiek w kapturze. Podszedł do leżącego, zakrwawionego mężczyzny i wbił strzykawkę w jego ramię.
-A!-krzyknął-TY KURWO! CO TY ODPIERDALASZ?! ZOSTAW MNIE W SPOKOJU!
-Hmm...no teraz mógłbym-powiedział odwracając się.
-CZEKAJ!-krzyknął-co...co to jest?-spytał.
-Hmm...fluorometylofosfonian izopropylu-odwrócił się do niego-ciekawy związek chemiczny. Silnie toksyczny. W skrócie sarin.
-O-otrułeś mnie?-spytał przerażony.
-No nie komarem cię ukułem...-powiedział sarkastycznie. Spojrzał na rękę. Nic na nie nie było-och...która to godzina...muszę już lecieć wrócę za hmm...ile twój organizm może to wytrzymać? Hmm...Przyjdę za dwa dni...prawdopodobnie dostaniesz w tedy porażenia mięśni...
-NIE CZEKAJ!!-krzyknął-ale co...co ja ci zrobiłem?
-Dowiesz się za dwa dni-powiedział i uciekł do przodu. Zniknął w ciemnościach.
-CZEKAJ!-krzyknął i wstał. Zaczął biec. Niestety z przemęczenia i przez krwawiącą ranę padł na ziemię. Przeczołgał się pod lampę.
-Mam dwa dni życia?-spytał sam siebie-a może to tylko sen?
Człowieka bolało gardło i kaszlał. Przeczołgał się do ścieków. Spojrzał na czarną, brudną wodę.
-Nawet przejrzeć się nie można-wyburczał. Wyciągnął ręce i zamoczył głowę-ale to jebie. Rzygać mi się chce...
Powoli wstał i poszedł do przodu. Wyciągnął telefon i sprawdził godzinę.
-21?-zdziwił się-jak dzwoniłem to była chyba 13. Moje życie się kończy...
Padł na kolana i zaczął się modlić. Jego ciało drżało. Jego temperatura spadała. Pocił się zimny potem. Z kieszeni wyciągnął różaniec. Blondyn przez cały czas nosił ze sobą różaniec. Mówił że to jego talizman. Mówił że to dzięki niemu doszedł tak daleko. Był biznesmenem. Prawnikiem, wygrał większość spraw. Teraz modlił się trzymając w ręce różaniec.
-Panie Boże...Proszę wybacz mi za wszystko...Ja przepraszam...Czy to kara? Wiem popełniłem wiele głupstw...ale żeby tak mnie karać? Proszę wybacz mi...
Patrzył się w sufit. Jego niebieskie oczy były teraz wielkie i czerwone.
-Przepraszam za to co zrobiłem...Wiem że nie powinienem go bić ale...zdenerwował mnie...nie płacił...a ja go uratowałem przed pierdlem...URATOWAŁEM GO SŁYSZYSZ!-krzyknął i zaczął płakać-URATOWAŁEM JEGO TŁUSTE DUPSKO! A TY TYMI SIĘ TAK ODWDZIĘCZASZ?! JEB SIĘ...SŁYSZYSZ BOŻE?! J-E-B S-I-Ę!!
Wstał i wyrzucił różaniec do ścieków. Stanął prosto. Padł na ziemię i zaczął rzygać. Wyrzygał wszystko co miał w żołądku. Padł na bok i zemdlał.
Po kilku godzinach obudziły go piski szczurów które jadły jego rzygi. Chciał od razu wstać ale mięśnie mu nie pozwoliły. Zdrętwiał. Patrzał na czarny sufit i myślał. "Czemu ja? Ja chciałem dobrze...wiem nie powinienem zabijać...ale musiałem..."
Usłyszał jak ktoś do niego podchodzi.
-No minęło równo dwa dni-powiedział człowiek w masce. Stanął przed leżącym blondynem-obrzydliwe...no cóż skończmy to-wyciągnął jakiś...Sos?-tak ja nie jestem tak okrutny żeby cię zabijać...umrzesz sam za jakieś hmm...4 godziny chyba że wcześniej wyżrą cię wygłodniałe szczury-powiedział oblewając go sosem. Wstał i ściągnął coś ze ściany-widzisz to? To kamera. Każdy zobaczy jak ginąłeś-wycelował kamerę w siebie-Witajcie jestem JB. Nie bójcie się mnie. Nie zabijam niewinnych ludzi. Zabijam morderców, pedofilii, gwałcicieli, ludzi którzy wyżywają się na innych-skończył i położył kamerę koło twarzy blondyna.
Wstał i poszedł gdzieś. Blondyn zaczął się denerwować. Patrzał w kamerę. Nie mógł mówić. Usłyszał piski szczurów. Poczuł jak coś go zaczyna gryź. Chciał krzyknąć...ale nie mógł. Umierał. Czuł jak schodzi z niego życie. Po 30 minutach umarł. Człowiek w masce znowu przyszedł. Wbił blondasowi kartkę z napisem "ZABÓJCA". Ciało dziwny sposobem znalazło się pod komendom razem z nagraniem które było też umieszczone w internecie.
Dzięki za przeczytanie :P
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz